teksty » literackie » kryminałki prozą Opowiadania sensacyjneE viva l'arte! Czterdziestoletni, awangardowo ubrany mężczyzna stojący za kontuarem - przypominającym bardziej pulpit sterowniczy statku kosmicznego, niż biurko - od kwadransa zajmował się przeglądaniem albumów. Wyjmował z narożnego regału, przerzucał i niedbale odkładał na blat otwarte na wybranej stronie egzemplarze "Contemporary Art" i "The Modern Sculpture". Dawał w ten sposób czas swemu potencjalnemu klientowi na przyjrzenie się zbiorom, zajmującym bez mała powierzchnię dziewięćdziesięciu kwadratowych jardów.
- Miło mi, że mogę pana poznać, senior de Porja - powiedział uprzejmie Steven Graxhold. - Ale obawiam się, że przedmiotem pańskiego zainteresowania nie są obrazy z ostatniego dwudziestolecia... - Raczej z okolic przełomu wieków. No, może też trochę przed i trochę po. Kocham impresjonistów, Mr. Graxhold! - Monet, Renoir, Degas? - Bardziej gustuję w Pissarro i Utrillo - o ile tego ostatniego można zaliczyć do impresjonistów. - Wie pan, senior de Porja, tak się składa, że mam akurat jednego Pissarra... Ale ten obraz nie jest na sprzedaż - po chwili wahania oznajmił Graxhold z zakłopotanym uśmiechem. - Tym niemniej - powiedział twardo Kolumbijczyk - mogę chyba rzucić na to okiem, nieprawdaż? - Obraz, w zasadzie, nie jest mój. Powierzył mi go przyjaciel. Zresztą, obraz ma już kupca... - Zapłacę więcej! - oświadczył de Porja bez na namysłu. - Boi się pan pokazać, bo to falsyfikat, co? - dodał bezceremonialnie. - Zgoda! Niech więc pan przekona się osobiście, de Porja! Graxhold wrócił do swego biurka i przycisnął kilka klawiszy na blacie. We wnętrzu galerii zapanował półmrok. Należało się domyślać, że wraz z zasunięciem żaluzji zostały także zamknięte drzwi od ulicy i włączyły się systemy alarmowe. - Zechce pan za mną, senior de Porja! - zaprosił Graxhold swego gościa. Mężczyźni przeszli przez oszklone drzwi i znaleźli się w wąskim korytarzu prowadzącym na zaplecze. Masywne drzwi ze sztabą po drugiej stronie służyły jako tylne wejście, a kilkoro drzwi po lewej prowadziło do biura galerii, pomieszczeń gospodarczych i łazienek. Steven Graxhold wcisnął kilka guziczków klawiatury elektronicznego zamka na framudze i gestem dłoni zaprosił Kolumbijczyka do środka. Biuro było mroczne, ogromne i bezładnie zagracone. Graxhold zapalił jedną z wielu punktowych lamp i de Porja, oprócz sporej ilości starych rzeźbionych foteli, szaf, szafek i kredensów, ujrzał także sztalugi, rzutniki, aparaty fotograficzne, porozwalane tuby farb i wymazane farbami ubrania walające się po podłodze. - Widzę, ma pan tu również i pracownię, Mr. Graxhold - stwierdził Kolumbijczyk. Wybrał fotel, na którym dało się usiąść i zajął miejsce naprzeciw malarza-sprzedawcy. Zobaczył wtedy trzy monitory, przekazujące obraz z korytarza, którym szli, z wnętrza sali wystawowej i z ulicy przed sklepem. - Przyjechałem z Kolumbii po mojego Pissarra! Umawiałem się z pańskim przyjacielem, Andrew Scotchnaglem, że dostarczy mi obraz przed dwoma tygodniami. - Andrew Scotchnagel? A któż to taki? - okazał zdumienie malarz. - Ale dwa dni przed moim planowanym wylotem na miejsce spotkania, w kronice towarzyskiej New York Times'a ze zgrozą wyczytałem, że zięć nowojorskiego milionera zmarł nagle na atak serca - kontynuował de Porja nie zważając na słowa Graxholda. - Możliwe więc, że przyjaciel, który powierzył panu obraz, to Scotchnagel, a kupiec, z którym był on umówiony - to właśnie ja. Proszę pokazać mi obraz! Graxhold podszedł do Kolumbijczyka i przenikliwie spojrzał mu w oczy. Potem dokładnie sprawdził kieszenie jego ubrania. - Jak pan do mnie trafił? - zapytał jak na śledztwie. - Jestem już w osiemnastej galerii na Manhattanie. Nie interesuje mnie skąd Scotchnagel brał obrazy. Jestem kolekcjonerem, a nie gliną. Domyśliłem się, że w zamalowywaniu stuletnich dzieł współczesnymi wygibasami Scotchnagelowi musiał ktoś pomagać. Inaczej trudno by je było wywieźć z kraju. Pan był pierwszym, który ma Pissarra - odpowiedział bez zająknięcia de Porja wytrzymując spojrzenie Graxholda. Malarz zdjął ze ściany duże, przypominające Mondriana, płótno i zaczął manipulować przy drzwiczkach sejfu. Po chwili stał już przy swoim kliencie z pozbawionym ram obrazem w rękach. Zanim pokazał go de Porji, włączył jeszcze kilka reflektorków. - Tak, to mój Pissarro! - powiedział Kolumbijczyk po obejrzeniu płótna ze wszystkich możliwych stron. - Ulubione czarno-niebiesko-zielone "Montmartre o zmierzchu"! Oryginał! - No cóż, muszę go jeszcze trochę "odmłodzić", zanim wybierze się do Kolumbii! - powiedział rozpromieniając się Graxhold. - Ja nie miałem pomysłów, jak pana odnaleźć. Kontakt z nabywcami, to było zadanie Andrew. I tylko on z nas dwóch znał kupca. - I zabrał tę tajemnicę do grobu, nieprawdaż? - wtrącił de Porja. Jego głos zabrzmiał teraz inaczej i Graxhold dopiero po chwili uświadomił sobie, że niespodziewany gość wyzbył się swego południowego akcentu. - Kto panu teraz będzie kradł obrazy, Graxhold? Kto będzie teraz dostarczał panu szczegółowych dokumentacji niezbędnych przy malowaniu falsyfikatów? Graxhold zrozumiał, że przegrywa. Ten facet stanowczo za dużo wiedział. Malarz cofnął się o krok, by sięgnąć po służący do rzeźbienia nóż - ale w tej samej chwili ostrze sztyletu, wysunięte z laseczki o srebrnej gałce, oparło się o jego krtań. - Nie jestem żadnym Kolumbijczykiem, drogi panie! - powiedział niedoszły klient bez sympatii w głosie. - Ten głupek, mój zięć, sądził, że jest bardzo sprytny! W mojej kolekcji jest pięć falsyfikatów, które ty namalowałeś! Bardzo jesteś zdolny, Graxhold! Kiedy falsyfikat był gotowy, Andrew wykradał mi oryginał. Szybko podmieniał obrazy i prawdziwe dzieła rozchodziły się gdzieś w daleki świat. Oczywiście, "odmłodzone" przez pana. Kosztowało mnie to siedemnaście milionów dolarów! A ja dawałem się zwodzić! Przez siedem lat chwaliłem się swoją podrabianą kolekcją, niczego nie zauważając. Czy nie tak było, panie artysto?! Aż do czasu, kiedy miesiąc temu "ten prostak, co to dorobił się na mydle" - jak mawiał mój nieboszczyk zięć - przypadkiem usłyszał rozmowę telefoniczną z Carlosem Ramirezem de Porja z Kolumbii. Rozmowa dotyczyła mego Pissarra! Znajomi eksperci sprawdzili moją kolekcję - i wtedy już przestałem mieć wątpliwości. Wytwarzasz bardzo dobre podróbki, Mr. Graxhold! Tyle, że warte co najwyżej siedem-osiem setek za sztukę! A ten drań, mój zięć też pewno płacił ci grosze, co? Graxhold patrzył na teścia swego nieżyjącego wspólnika ze strachu przełykając ślinę. - Dzień po rozmowie telefonicznej de Porja w mojej osobie wyznaczył memu alergicznemu zięciowi dodatkowe spotkanie dla omówienia szczegółów. Miejsce spotkania było odosobnione i bezludne. Andrew Scotchnagel nie miał szans, by dostać się do najbliższego telefonu po ukąszeniu przez pięć pszczół naraz. Udusił się, biedak! - Więc nie był to atak serca? To pan go!... - wymamrotał Graxhold wytrzeszczając oczy. - To pszczoły, chłopcze, pszczoły! Ja byłem wtedy w mojej "mydlarni" - odpowiedział starszy mężczyzna. - Ten Pissarro należy do mnie, a ty... No cóż, szkoda twojego talentu. Zresztą, jesteś mi trochę winien! Tak więc prawdziwy Carlos Ramirez de Porja będzie odtąd kupował impresjonistów twojego pędzla. Zacznie od "Montmartre o zmierzchu", wiszącego teraz w mojej kolekcji... |

